Nowych czytelników proszę o jedno - zanim zabierzecie się za pierwsze rozdziały, przeczytajcie ten najaktualniejszy (KLIK). Jeśli się Wam nie spodoba, nie zmarnujecie czasu, jeśli wręcz przeciwnie, będziecie mieć motywację do przebrnięcia przez fatalne początki. Z góry dziękuję.

sobota, 13 listopada 2021

Zaczynamy od początku (chyba)!

   Tydzień temu wpadłam na szalony pomysł napisania tego oto opowiadania od początku, w sposób, w jaki chciałam, aby było napisane, a na jaki nie pozwoliły mi wówczas słabe umiejętności i nikły poziom dojrzałości. 

Koncept pozostaje taki sam, zmianie ulegnie treść -  znaczna większość rozdziałów zostanie napisana od nowa, zachowane zostaną jednak fragmenty, które uznam za wystarczająco dobre, rozdziały końcowe zamierzam pozostawić bez zmian, co najwyżej wprowadzę jakieś drobne poprawki, niektóre wątki zostaną wyrzucone, niektóre rozwinięte (np. wątek relacji Mary - Courtney), bardzo szczegółowych scen erotycznych nie przewiduję, bo już od dawna mam do nich niezbyt ciepły stosunek, no i najważniejsze: bracia Leto zostaną zastąpieni fikcyjnymi bohaterami, będzie to jednak wyłącznie zmiana danych osobowych, ich charaktery pozostaną takie same. 

Dlaczego to robię? Bo historia Mary wciąż jest bliska memu sercu i chciałabym dać jej drugie, lepsze życie. Chcę też napisać kolejne dwie części, których napisanie odłożyłam w czasie w roku 2015, bo nie czułam się wystarczająco dojrzała na poruszanie planowanych tam wątków. Teraz jestem gotowa i myślę, że napisanie pierwszej części od początku pomoże mi się znów w stu procentach wczuć w pannę King.  

Nie wiem, czy coś z tego będzie, czy moja obecnie bardzo kiepska koncentracja pozwoli mi na zrealizowanie tak dużego i czasochłonnego projektu, ale w sumie jestem dobrej myśli, bo za jego realizacje wzięłam się wczoraj po godzinie dwudziestej i napisałam już prolog i jedną stronę pierwszego rozdziału i poszło mi zaskakująco sprawnie. 

Efektami zamierzam się dzielić na Wattpadzie (choć jeszcze nie wiem, w którym momencie się na publikację zdecyduję), bo obecnie jest on największą platformą dla pisarzy amatorów. Działam tam od dwóch lat, publikuję różne różności: pseudo-poezję, przemyślenia, miniaturki, są też dwa dłuższe opowiadania będące dwoma częściami jednej historii. Gdyby ktoś był zainteresowany, to zapraszam w moje skromne progi: 


https://www.wattpad.com/user/AgataLauraBane


Żegnam z nadzieją, że uda mi się zrealizować mój plan. 

niedziela, 12 stycznia 2014

Przedsłowie

    Wczoraj w godzinach późnowieczornych uświadomiłam sobie pewną rzecz: dotychczasowe przedsłowie zupełnie nie pasuje do mojego obecnego spojrzenia na zamieszczone tu opowiadanie, postanowiłam więc je usunąć i napisać nowe.
Zacznę od tego, że ilekroć wyobrażam sobie nowego czytelnika zagłębiającego się w pierwsze rozdziały tego tworu, czuję zażenowanie. Uwierz mi, Drogi Czytelniku, że gdyby przyszło mi je pisać teraz, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej: słownictwo, opisy, ilość rozdziałów - kilka krótszych połączyłabym w jeden dłuższy, całość podzieliła na części ( każda część byłaby innym etapem życia Mary King - bardziej skupiłabym się na początkach przemocy w domu Kingów oraz na relacjach Mary z Courtney). Co do pozostałych wymienionych aspektów - nigdy nie pozwoliłabym Ci przeczytać tych okropnych kwestii, które wciskałam w usta swoich bohaterów w pierwszych rozdziałach, tworzyłabym złożone, o wiele bardziej precyzyjne opisy, coś nieco lepszego niż poszłam, wyszłam, podrapałam się po tyłku i usiadłam. Oszczędziłabym Ci też wielu szczegółowych opisów zbliżeń seksualnych (tu na swoją obronę mam to, że zaczynałam pisać owe opowiadanie jako nastolatka, a wszyscy wiemy, jak to u nastolatków bywa: hormony wymuszają snucie różnych, niekoniecznie przyzwoitych wizji), bo chyba wszyscy wolimy subtelne ogóły od świńskich, do bólu nasyconych prymitywną pornografią detali, które szczególnie rażą, gdy autor ma przeciętne, by nie powiedzieć kiepskie pióro. 
I tak oto doszliśmy do ostatniej kwestii, którą chcę tu poruszyć, a mianowicie do stylu: zaczynałam kiepsko - mimo iż wcześniej napisałam wiele krótkich opowiastek - jestem tego w pełni świadoma i nawet nie próbuję się wybielać; z czasem zaczęłam robić drobne postępy, ale wciąż byłam słaba, tak na dobrą sprawę obecną przeciętność uzyskałam dopiero w okolicach rozdziału osiemdziesiątego, jak nie dalej...
I tak, właśnie zgubiłam wątek i sama już nie wiem, o co mi w gruncie rzeczy chodziło, więc tak z grubsza: wbrew krążącym opiniom, nie mam o sobie i swoim stylu niebotycznego mniemania, widzę swoje słabe punkty i staram się nad nimi pracować, co widać, kiedy porówna się pierwszy rozdział z chociażby osiemdziesiątym piątym. Jak wspomniałam wcześniej, jestem przeciętną autorką (choć słowo autorka wydaje mi się być dużym nadużyciem), ale pisanie daje mi wiele radości, a ta historia, mimo iż przez kilkadziesiąt rozdziałów dokonywałam na niej swoistego gwałtu, jest mi bardzo bliska. Cieszę się nią tak, jak małe dziecko cieszy się ulubioną zabawką, mimo jej wszystkich wad i ewidentnych niedoskonałości.
Czy ta wypowiedź ma w ogóle jakiś sens? Może i nie ma, ale przynajmniej pokazałam Ci swój stosunek do tej mojej nieszczęsnej pisaniny i poniekąd usprawiedliwiłam swoje dawne, obecne i przyszłe grzechy.
Dziękuję za uwagę.

środa, 5 grudnia 2012

70. If you asked me to stay, I'd walk away, I don't need you anymore

Jared:

Wrzesień 1991 r:

         - Szkoda, że nie możesz jechać z nami - rzuciłem, gasząc papierosa w leżącej na szafce nocnej popielniczce.
- Ja też żałuję, bo na ostatnim festiwalu było bardzo fajnie. Szczególnie podczas występu AC/DC.
W tym momencie oboje głośno się zaśmialiśmy. Gdy zespół grał You shook me all night long, my kochaliśmy się na tylnym siedzeniu samochodu Maxa.
- To było genialne. - Mary przygryzła dolną wargę i przykryła się kołdrą.
- Nie - mruknąłem i zdjąłem okrycie z jej nagiego ciała. - Wiesz, że lubię na nie patrzeć.
- Na moje pryszcze?
- Pryszcze? Chyba sobie żartujesz. To dwie cudowne piersi, najcudowniejsze na świecie. - Oderwałem się od miękkiego materaca i musnąłem wargami prawy sutek swojej dziewczyny. Jak zwykle w takiej chwili, cichutko zachichotała i zatopiła palce w moich włosach.
- Tak sobie to przypominam i wiesz co?
- Co? - spytałem, odsuwając język od sterczącej brodawki.
- Jesteśmy jacyś niewyżyci i kochaliśmy się już chyba we wszystkich możliwych miejscach, na wszystkie możliwe sposoby.
- Co do niewyżycia i miejsc, to się zgodzę.
- A sposoby? - Mary rzuciła mi pytające spojrzenie, po czym, ku mojemu niezadowoleniu, zmieniła pozycję, kładąc się na brzuchu, odcinając mnie tym samym od swojego biustu. 
- No wiesz, nigdy nie pozwoliłaś mi... no że tak to powiem... - moje palce dotknęły jej pleców i zaczęły schodzić w dół - wejść tylnym wejściem.
- A co, frontowe ci nie odpowiada? - Uniosła wymownie brwi i wydęła nieznacznie wargi.
- Odpowiada i to bardzo, ale skoro jesteśmy tak otwarci, powinniśmy próbować wszystkiego, nie uważasz? - Mój palec wskazujący wsunął się między jej pośladki, na co ta drgnęła i odsunęła na bok.
- Ale nie tego.
- No, ale dlaczego? - Zabrałem od niej dłonie i splotłem je ze sobą, podpierając nimi brodę.
- Bo nie.
- Przecież przy użyciu odpowiednich środków, to nic nie boli, jest nawet bardzo przyjemne.
- Ale ja mam uraz.
- Uraz? - Tym razem to ja spojrzałem na nią pytającym wzrokiem.
- Tak, uraz. Jak miałam jedenaście lat, podsłuchałam rozmowę ojca i jego kolegów. Opowiadali wtedy o więźniu, który był dziwką drugiego. Tamten był naprawdę hojnie wyposażony i po jakimś czasie ten pierwszy był już tak rozjechany, że wysiadły mu zwieracze i w ogóle miał jakieś tam problemy zdrowotne przez to. Już wtedy powiedziałam sobie, że nigdy w życiu nie dam żadnemu mężczyźnie pozwolenia na seks analny - wyjaśniła mi z niezwykle poważną miną.
- Całkowicie cię rozumiem, ale po jednym razie nie stanie ci się żadna krzywda.
- Czemu aż tak bardzo ci na tym zależy, co?
- Po prostu chcę wszystkiego spróbować. - Posłałem jej oczywiste spojrzenie i dotknąłem karku.
- Zgodzę się, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim? - spytałem ożywiony.
- Pójdziemy do seks shopu, kupimy dildo, które będzie pasowało rozmiarem do twojego penisa i najpierw ty zobaczysz, jak to jest.
- Chyba żartujesz. - Zacząłem się śmiać, jednak przestałem, gdy z twarzy King wyczytałem, że mówiła to na poważnie. - Ty tak na serio?
- Pewnie, że na serio. Skoro chcesz spróbować wszystkiego, to dlaczego nie tego?
- Bo jestem facetem?
- No i? - Jej brwi się uniosły, a górne jedynki zacisnęły na dolnej wardze.
- Wsadzanie czegoś do tyłka jest dla mnie upokarzające.
- No, a dla mnie to niby nie? Jestem kobietą, mam pochwę i to tam mogę przyjmować pana Wacusia, jeśli to dla ciebie za mało, to bardzo mi przykro, ale na nic innego nie masz co liczyć. Tylne wejście jest zamknięte na milion spustów.
- Wygrałaś. - Uniosłem dłonie w geście poddania i położyłem się na plecach.
- Ja zawsze wygrywam, kotku. - Szeroko się uśmiechnęła, po czym musnęła moje usta wargami. - Ale nie jesteś zły, co?
- Jakoś to przeżyję.
- Super. - Mary wyciągnęła dłoń i chwyciła paczkę papierosów. Nad naszym łóżkiem uniósł się obłok dymu tytoniowego i automatycznie zanurzyłem twarz w jej włosach, by poczuć też wanilię. Zauważywszy ten gest, King tylko się zaśmiała.
- Lubię to połączenie.
- Ja nie widzę w nim nic specjalnego. - Blade policzki zapadły się pod wpływem mocnego zaciągnięcia, a klatka piersiowa uniosła. Nawet podczas palenia papierosa wyglądała jak ósmy cud świata. - Jejku, jak to kocham! Pogłoś! - niemal pisnęła, gdy z radia wypłynęły pierwsze dźwięki Stairway to heaven. Dym nieco chaotycznie wypłynął z jej ust, a oczy zwiększyły swój rozmiar. Uśmiechnąłem się i wstałem z łóżka, kierując się do półki, na której stał magnetofon. Zwiększyłem głośność i z powrotem położyłem się obok swojej dziewczyny, której powieki były przymknięte, a stopy poruszały się w spokojnym rytmie.
- To zdecydowanie najpiękniejsza piosenka na świecie - mruknęła, nie otwierając oczu.
- Tak, też ją lubię.
- Wiesz, zawsze, kiedy ją słyszę, przypomina mi się pewna historia. - Mary zgasiła spalonego jedynie do połowy papierosa i wbiła we mnie wzrok.
- Historia?
- Kiedy Lily miała cztery latka, zapytałam jej, co by chciała dostać na urodziny. Wiesz, co mi wtedy odpowiedziała?
- Co? - Zgarnąłem włosy z jej twarzy, patrząc na nią z zaciekawieniem.
- Schody do nieba, na które mogłaby wejść i spotkać mamę. Rozpłakałam się wtedy jak małe dziecko. - W jej błękitnych oczach zaszkliły się łzy, jednak kąciki ust były uniesione.
- Nie dziwię ci się.
- Sama czasami marzyłam o takich schodach, mimo iż wiedziałam, że to najgłupsza rzecz, jakiej można pragnąć.
- Gdyby to było możliwe, to bym ci je kupił, to znaczy wam. Tobie i Lily. - Uśmiechnąłem się i przesunąłem palec wskazujący po brodzie King.
- Kochany jesteś, naprawdę. I musisz, po prostu musisz zostać kiedyś moim mężem, czy ci się to podoba, czy nie. - Po tych słowach Mary podniosła się i usiadła na mnie okrakiem. W jednej chwili jej ciepłe krocze oplotło mojego penisa. Zamknąłem oczy, rozkoszując się ciałem swojej partnerki i wypełniającymi pokój dźwiękami. 

Mary i muzyka, niczego więcej nie było mi trzeba do absolutnej pełni szczęścia. 




***




        - Dobra, słońce, ja już idę, bo znowu się spóźnię. - Mary chwyciła wiszącą na krześle bluzę, a ja oderwałam głowę od poduszki. - Wpadniesz do baru przed wyjazdem?
- Nie zdążę. Próba się kończy i zaraz mamy autobus.
- No to do zobaczenia za dwa dni. - Blondynka pochyliła się nade mną i złożyła czuły pocałunek na moich ustach. Odwzajemniłem go i chwyciłem jej dłoń, ciągnąć w swoją stronę.
- Jerry, co ty wyrabiasz?! - Zachichotała, gdy jej ciało przywarło do materaca.
- Zatrzymuję cię.
- Ale ja muszę iść.
- Nie musisz. Stevie nie będzie zły, jak się trochę spóźnisz. - Moje wargi przylgnęły do jej pachnącej zmysłowymi perfumami szyi, a dłonie zawędrowały pod białą bluzkę.
- Jared, naprawdę bym chciała, ale muszę iść.
Ściągnąłem brwi i wydąłem dolną wargę.
- No nie patrz tak na mnie. Przysięgam, że jak wrócisz, to będę już leżeć naga w łóżku i będziesz mógł robić ze mną, co tylko będziesz chciał.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. - Posłała mi szeroki uśmiech, czule pocałowała, a ja bardzo niechętnie pozwoliłem jej wstać.
- Trzymam cię za słowo, King.
- Ja cię będę trzymać za co innego, Leto. - Przygryzła dolną wargę i puściła mi oczko. 

Boże, jak ja kochałem tę dziewczynę...  





***



        - Masz bilety? - zwróciłem się do brata, gdy stanąłem na pierwszym stopniu schodków prowadzących do autobusu kierującego się do Seattle.
- Mam. - Shannon zanurzył dłoń w kieszeni, po czym wyciągnął z niej dwie wejściówki na teren ostatniego w tym sezonie festiwalu muzycznego. W minionym roku, zgodnie z planem, udało nam się zaliczyć wszystkie najważniejsze. 

Kiedy stałem pod tymi wszystkimi scenami, słuchałem tych wszystkich zespołów, pragnienie bycia na ich miejscu rosło do takich rozmiarów, że aż zacząłem wierzyć, że to wszystko jest możliwe. Zamykałem oczy i widziałem siebie przy mikrofonie. Zza pleców dochodził mnie wybijany przez mojego brata rytm, a przede mną rozciągało się morze krzyczących, skandujących nasze imiona ludzi. Dosłownie słyszałem te piski i widziałem falujące dłonie. Ta wizja była tak dokładna, że zdawała mi się być przebłyskiem mojej przyszłości. Może i taka postawa była głupia, ale szczerze wierzyłem w to, że tak właśnie będzie wyglądało moje życie. Wierzyłem, że naprawdę zostanę muzykiem i za kilka lat nie będę na takich festiwalach fanem tylko gwiazdą. Nie wyobrażałem już sobie żadnej innej wersji swojej przyszłości. Swojej, Shannona i Mary. 
Tak, King była nieodłączną częścią moich planów. Nieważne czy będę wielką gwiazdą, czy bezrobotnym ćpunem, nie było opcji, by jej przy mnie nie było. Czasami wieczorami leżeliśmy w łóżku i rozmawialiśmy o tym, jak będzie wyglądało nasze życie. Ja będę gwiazdą rocka, a Mary moją asystentką i przede wszystkim żoną. Będę ją zabierał na wszystkie branżowe imprezy i wielkie gale, by chwalić się światu, jak piękną kobietę mam u swego boku.
- Halo, ziemia do Jareda, rusz się.
Poczułem lekkie szturchnięcie i dopiero wtedy zorientowałem się, że stałem na samym wejściu autokaru, a za mną czekali zniecierpliwieni ludzie. Tak to bywa, gdy człowieka złapie nagłe zamyślenie. Otrząsnąłem się i zrobiłem krok do przodu, odblokowując tym powstały korek.
- Pieniądze też masz? - znów zwróciłem się do Shanna i zająłem miejsce przy oknie.
- Mam. Szkoda, że to już ostatni taki wypad.
- Przed nami jeszcze wiele lat pełnych festiwali. - Uśmiechnąłem się i rozprostowałem nogi.
- No wiesz, nie wiem, czy za rok będę mógł sobie na to pozwolić.
- Niby dlaczego nie?
- A nie będziesz się śmiał? - Shannon spojrzał na mnie ze śmiertelną powagą wymalowaną na pokrytej letnią opalenizną twarzy. Niemal cały sierpień spędził z Cassie i jej rodzicami na Hawajach, czego obrzydliwie mu zazdrościłem.
- Nie będę.
- Obiecujesz?
- No obiecuję, mów żesz. - Rzuciłem mu zniecierpliwione spojrzenie i splotłem ze sobą dłonie.
- Idę na studia.
- Super. I niby dlaczego miałoby mnie to rozśmieszyć?
- No bo przecież tyle razy mówiłem, że nie będę studiował, nie wejdę w krąg pieprzonych wykształciuchów, będę wolnym duchem i nie będę płacił za edukację.
- Tylko krowa nie zmienia poglądów - rzuciłem i posłałem bratu delikatny uśmiech. - No i co chcesz studiować?
- Coś związanego z fotografią. Przez ten miesiąc dużo rozmawiałem z ojcem Cassie, to naprawdę perspektywiczne zajęcie. On skończył takie studia i teraz jeździ po całym świecie, zarabia naprawdę dużo kasy, robiąc to, co najbardziej kocha.
- No, a od kiedy ty kochasz fotografię?
- Od pół roku. Naprawdę nieźle się w to wkręciłem, choć i tak nadal wolę perkusję, ale z gry na bębnach raczej nie wyżyję - odpowiedział i oparł głowę o dosyć twardy zagłówek.
- Jak nie? Przecież wiesz, ile zarabiają gwiazdy rocka.
- Wiem, Jared, ale nie oszukujmy się, żeby zostać dobrze zarabiającym rockmanem, trzeba mieć kurewskiego farta, a wiesz, jak to z tym fartem bywa. Można na niego liczyć, ale zawsze trzeba mieć plan B.
- Ja go nie mam.
- To lepiej nad tym pomyśl. Zastanów się, co oprócz grania i śpiewania sprawia ci największą przyjemność, sprawdź, czy możesz się kształcić w tym kierunku i pójdź na studia.
- Pieprzysz jak potłuczony, wiesz?
- Wiem, ale to jeszcze nie wszystko.
- Już się boję. - Zanurzyłem dłoń w kieszeni, wyciągnąłem z niej gumę do żucia i znów skupiłem uwagę na starszym bracie.
- Studiować zamierzam w Seattle, więc chcę tam kupić mieszkanie i wprowadzić się do niego z Cassie. No w ogóle to bardzo poważnie myślimy o ślubie.
W tym momencie otworzyłem szeroko oczy i z całego tego szoku wyplułem gumę na siedzenie przede mną.
- Ślub? Czy ja dobrze słyszę? Ty, Shannon Leto, największy jebaka jakiego znam chce się żenić?!
- Ciszej - syknął, rozglądając się dookoła. - Nie jestem żadnym jebaką.
- Pozwolisz, że pominę to milczeniem.
- No dobra, może i lubię seks i swojego czasu nie hamowałem swojego popędu, ale od kiedy jestem z Cass, nie zwracam uwagi na inne dziewczyny. Ona daje mi wszystko, czego mi trzeba, jak badziewnie to nie zabrzmi, kocham ją i chcę z nią być tak na poważnie.
- Ale, człowieku, masz dopiero dwadzieścia jeden lat, Cassie jeszcze mniej.
- No i co z tego? Kochamy się i o to chyba w tym wszystkim chodzi.
- No wiesz, ja i Mary też się kochamy, mieszkamy razem i też mówiliśmy o ślubie, ale wiemy, że teraz jest jeszcze na to za wcześnie, że jesteśmy za młodzi. Zresztą sam wiesz, jak było z rodzicami. Pospieszyli się ze ślubem i skończyli tak jak skończyli.
- Z nami będzie inaczej, jestem tego pewien.
- No skoro jesteś, to jesteś. - Przeniosłem wzrok na szybę i cicho westchnąłem. Nie uważałem, by branie ślubu w tak młodym wieku było mądrym posunięciem, szczególnie, że znałem swojego brata i wiedziałem, że poważny związek to zupełnie nie jego bajka i bardzo szybko się tym znudzi, ale on wiedział swoje, a ja nie chciałem się z nim kłócić. Skoro człowiek w coś wierzy, nie wolno mu mówić, że to czysta głupota, nawet wtedy, gdy tak jest...
 
 




***



Dwa dni później:

         - Za ile przyjeżdża nasz autobus?
- Dziesięć minut - mruknął Shannon i przetarł twarz dłonią. Obaj byliśmy zmęczeni i marzyliśmy już tylko o tym, by znaleźć się w domach, szczególnie że zbierało się na deszcz.
Zdążyłem usiąść na odrapanej ławce i usłyszałem głośny śmiech. Odwróciłem się i zobaczyłem dwóch mężczyzn idących w naszą stronę krokiem charakterystycznym dla lubiących udawać twardych chłoptasiów. Pokręciłem głową i naciągnąłem czarny kaptur.
- Sorry, chłopaki, macie może ogień? - rzucił jeden z nich, gdy zatrzymali się tuż obok stojącego metr ode mnie Shannona.
- Jasne. - Brat spuścił z nich wzrok i zanurzył dłoń w kieszeni, wtedy też ten wyższy wyciągnął z bluzy składany nóż. 
Jak oparzony zerwałem się z miejsca, jednak jego towarzysz złapał mnie za bluzę. 
- Spokojnie, chłopaczku. Dawać kasę i to migiem.
Shannon spojrzał na mnie, a ja zachęciłem go wzrokiem do zrobienia tego, co mu kazali. Kilka razy próbowałem bawić się w odważniaka i nie skończyło się to dla mnie zbyt dobrze, więc wolałem nie ryzykować.
- Dawaj kasę albo wbiję ci kosę między żebra! - wrzasnął zakapturzony napastnik, przybliżając ostrze do tułowia mojego brata. 

Serce zaczęło walić mi jak szalone, a w gardle stanęła gigantyczna gula. Strach, który czułem, był tak wielki, że zaczynałem obawiać się tego, iż w każdej chwili mogę zmoczyć spodnie, bądź stracić kontrolę nad zwieraczami.
- Dobra, już daję. - Shanny schował dłoń w kieszeń i powoli wyciągnął z niej nasze ostatnie trzy banknoty.
- Siedem dolarów? Jaja sobie robisz?!
- Więcej nie mamy, jesteśmy tu tylko przejazdem - wydukałem, ledwo co panując nad swoim głosem. 
- Ktoś cię pytał o zdanie, złamasie?! - Zanim się zorientowałem, trzymający mnie drab wbił łokieć w moją wątrobę. Skuliłem się, a Shannon zerwał, jednak bardzo szybko się zatrzymał, gdyż nóż zmienił swoją lokację. Z tułowia przeniósł się na szyję, co obu nas przeraziło i to nie na żarty.
- No, spokój ma być. Na pewno macie więcej forsy.
- Naprawdę nie mamy - wydukał Shannon. - Tylko tyle nam zostało.
- Możecie wziąć mój zegarek - wtrąciłem się, podciągając lewy rękaw.
- Zobacz, co to za szajs.
Ten, który mnie walnął, złapał mnie za rękę i dokładnie obejrzał ozdobę, która znajdowała się na nadgarstku.
- Nie wygląda na zbyt cenny, ale może dadzą nam za niego ze dwadzieścia dolców w komisie.
- No to bierz.
- Ściągaj to, pięknisiu.
Bardzo powoli, drżącymi dłońmi zdjąłem zegarek i podałem go stojącemu obok facetowi.
- Dobra, spadamy. Na razie, złamasy. - Napastnik numer dwa złożył nóż i puknął jego rękojeścią czoło mojego brata, irytująco przy tym chichocząc.
Kiedy obaj zniknęli za zakrętem, podszedłem do Shannona i spojrzałem w jego rozszerzone z przerażenia źrenice.
- Chyba się zesrałem - wydukał, po czym przesunął dłoń po swoich jeansach. - Nie, jednak nie, ale byłem tego cholernie bliski.
- Ja to samo. Jesteś cały?
- Tak, a ty? Ten sukinsyn porządnie ci przywalił.
- Przeżyję. - Posłałem bratu pocieszający uśmiech i obaj usiedliśmy na ławce, starając się zapanować nad dygoczącymi mięśniami.
- Nie szkoda ci było zegarka, sporo za niego dałeś?
- Szkoda, nie szkoda, ale to tylko głupi przedmiot. Życie mojego brata jest dla mnie cenniejsze niż wszystkie zegarki świata.
- Przecież by mnie nie zabił.
- Jesteś tego pewien?
- Szczerze?
Kiwnąłem głową.
- Byłem pewien, że już po mnie. Ocaliłeś mi tyłek, braciszku.
- Od tego są bracia, co nie?
- Kocham cię, gówniarzu. - Shannon objął mnie ramieniem i wolną dłonią zwichrzył mi włosy. Tylko się uśmiechnąłem i kopnąłem leżący przed moją stopą kamień.
- Mam nadzieję, że uda nam się pojechać do domu bez biletów.
- Ja tak samo.
        Po dziesięciu minutach okazało się, że nasze nadzieje były złudne. Kierowca miał gdzieś, to, że to nasza jedyna szansa dostania się do domu i zostawił nas na przystanku w wieczornych ciemnościach, w strugach deszczu, który jak na złość zaczął padać po tym, jak odprawiono nas z kwitkiem.
- No to jesteśmy w dupie.
- Zupełnie jak po koncercie Nirvany, pamiętasz? Zostaliśmy bez kasy i transportu - rzucił do mnie Shannon, zapinając szarą bluzę.
- Ale wtedy była z nami Mary i skorzystaliśmy z uprzejmości jej babci.
- No właśnie, może do niej pójdziemy, co?
- A pamiętasz adres?
- Nie.
- No właśnie.
Podskoczyłem nieznacznie w celu rozgrzania się, ale nic mi to nie dało. Nie dość, że byłem zmarznięty, to zacząłem jeszcze odczuwać okropny głód. Postanowiłem jednak to zignorować i zaproponowałem jedyne możliwe wyjście:
- Idziemy na pieszo.
- Do Bellingham?! Człowieku, to ponad dziewięćdziesiąt mil!
- Trudno, wolę iść niż zasnąć na ławce i obudzić się bez ubrania z rozjebanym ryjem.
- Co racja, to racja. - Shannon podciągnął spodnie i ruszyliśmy przed siebie, oświetloną przez latarnie ulicą.




 
***




        - Nie, Jay, ja już dłużej nie mogę. Zaraz umrę tu z głodu, wejdźmy do jakiegoś baru coś zjeść - jęknął Shann, łapiąc się za głośno burczący brzuch.
- Ja też, ale nie mamy kasy, poza tym jest już za późno, wszystkie lokale z żarciem są pozamykane.
- Nieprawdą, jest tu pełno całodobowych knajpek z fast foodami, na przykład ta po drugiej stronie. - Brat wskazał palcem na oświetlony budynek stojący samotnie tuż obok pustego parkingu.
- Ale przecież nikt ci nie da żarcia za darmo, na jakim świecie ty żyjesz?
- A skąd będą wiedzieli, że nie mamy kasy? Wejdziemy tam, zamówimy jedzenie, napijemy się, a kiedy przyjdzie zapłacić, odegramy scenkę zgubionego portfela, tak jak to robią ci cwaniacy w filmach.
- Odwaliło ci, stary?
- Nie, jestem po prostu zdesperowany. To jak będzie? - Posłał mi błagalne spojrzenie, wyginając usta w podkowę.
- No dobra, niech ci będzie, ale jeśli wezwą gliny albo coś, własnoręcznie cię ukatrupię.
- Już drugi raz dzisiaj ratujesz mi życie, jesteś nieoceniony. - Shanny szeroko się uśmiechnął i mocno do mnie przytulił.
- No już dobra, dobra, bo mnie udusisz.
 
 




***



         - Dziesięć dolarów - zwróciła się do nas niepierwszej młodości kelnerka i zabrała opróżnione co do ostatniego okruszka talerze.
- Już płacę. - Zanurzyłem dłoń w lewej kieszeni jeansów i udałem, że szukam portfela. Dla niepoznaki przeniosłem ją jeszcze do prawej i zrobiłem minę imitującą ogromne zdziwienie.
- Co jest? - zapytał Shannon, który podobnie jak ja, też udawał zdumienie faktem, że jeszcze nie wyciągnąłem pieniędzy.
- Chyba zgubiłem portfel - wydukałem, starając się by mój głos brzmiał na niezwykle przejęty.
- No chyba sobie żartujesz. - Shannon zrobił dziwaczną minę, a kelnerka spojrzała na nas karcącym wzrokiem.
- Nie ze mną te numery, chłopaki. Robię w tym fachu prawie trzydzieści lat i wiem, kiedy ktoś naprawdę gubi portfel, a kiedy chce się po prostu nażreć za darmo.
- Wszystko wyjaśnię.
- Nie mnie się będziesz tłumaczył. Arnie! - lokal, który mimo późnej pory był pełen ludzi, wypełnił donośny głos postawnej kobiety i z zaplecza wynurzył się kulejący staruszek.
- Co się dzieje? - burknął z niezbyt zadowoloną miną.
- Panowie chcieli nas oszukać.
- Znowu zgubione pieniądze?
Kelnerka przytaknęła, a właściciel spojrzał po nas groźnie.
- Już panu tłumaczę. Wracaliśmy z festiwalu, czekaliśmy na autobus i podeszło do nas dwóch oprychów. Wyciągnęli nóż. Zabrali nam nasze ostatnie siedem dolarów i zegarek. Kierowca autobusu nie pozwolił nam jechać bez biletów, więc musieliśmy iść do domu pieszo. To ponad dziewięćdziesiąt mil, na zewnątrz pada, byliśmy głodni. Chcieliśmy się tylko napić czegoś ciepłego i coś zjeść. Nie mieliśmy na celu kogokolwiek oszukiwać - wytłumaczyłem się, z wielką nadzieją, że nie uznają tego za kolejne kłamstwo.
- No to nie można było tak od razu?
- Było nam głupio - dodał Shanny, spuszczając głowę.
- Ale wiecie, że to dziesięć dolarów musi nam się zwrócić? Wiele rozumiemy, ale nie jesteśmy instytucją charytatywną.
- Wiemy - rzuciliśmy jak jeden mąż.
- No to zaraz wam coś znajdziemy do roboty. - Siwy mężczyzna odwrócił się od naszego stolika i wtedy jeden z klientów wydał z siebie głośny dźwięk dezaprobaty.
- Szafa się zepsuła - jęknął i delikatnie puknął w jej obudowę. Shannon spojrzał w tamtą stronę i po jego twarzy zaczął błądzić dziwaczny uśmieszek.
- A tobie co?
- Chyba wiem, jak zarobimy na rachunek.
- Jak? Chcesz naprawić szafę grającą? - prychnąłem, opierając się o krzesło.
- Nie, chcę ją zastąpić. Jak wchodziliśmy, widziałem faceta z gitarą - rzucił i wstał z miejsca. Szybkim krokiem podszedł do jednego ze stolików, zaczął rozmawiać z siedzącym przy nim mężczyzną i już po chwili wracał do mnie z gitarą akustyczną w ręku.
- Mam nadzieję, że gardełko rozgrzane.
Spojrzałem na niego jak na kretyna, ale ten tylko się uśmiechnął, oparł instrument o krzesło i podszedł do lady, prosząc kelnerkę o zawołanie szefa. Po niecałej minucie konwersacji z panem Arniem, kazał mi wstawać.
- Gramy koncert, braciszku.
- Co?!
- To, co słyszałeś. Facet pozwolił nam zagrać, żebyśmy mogli odrobić te dziesięć dolców.
- Uważaj, bo tyle uzbieramy. Jak już, to dadzą nam co najwyżej dziesięć centów - rzuciłem, bardzo niechętnie wstając z wygodnego siedzenia.
- Człowieku małej wiary... - Shannon pokręcił głową i obaj stanęliśmy na podwyższeniu, na którym znajdowała się zepsuta szafa grająca. Brat włożył dwa palce do ust i głośno gwizdnął, zwracając tym na siebie uwagę gości i personelu lokalu.
- Panie i panowie, mnie i mojego brata spotkała dziś dość nieprzyjemna sytuacja. Dwóch mężczyzn ukradło nam wszystkie pieniądze i zegarek. Teraz nie mamy jak zapłacić za zjedzony, swoją drogą bardzo pyszny posiłek. Obaj jesteśmy muzykami amatorami, więc postaramy się zastąpić wam zepsuty sprzęt. Jeśli nie podołamy, możecie nas obrzucić czymkolwiek chcecie, ale jeśli wam się spodoba, nie obrazimy się za drobne datki. 
Po tej przemowie Shannon usiadł na przyniesionym przez kelnerkę stołku i zaczął grać Where did you sleep last night. Dołączyłem do niego z wokalem, w duchu modląc się o to, by nie dostać żadnym pomidorem lub kubkiem gorzkiego piwa. 

 
 


***




         - Sto dolców! Nie wierzę, po prostu nie wierzę! - wrzasnął Shann, gdy rano kierowaliśmy się w stronę przystanka autobusowego.
- Głośniej krzycz, bo może jeszcze jakiś złodziej cię nie usłyszał - rzuciłem, jednocześnie cicho się śmiejąc. Sam byłem w szoku, że udało nam się zebrać aż tyle pieniędzy. Zupełnie się tego nie spodziewałem, zupełnie...
        Kiedy już dojechaliśmy do Bellingham, podzieliliśmy się po połowie, to jest po czterdzieści pięć dolarów i każdy poszedł w swoją stronę. Shannon do domu, a ja do kwiaciarni. Chciałem zrobić Mary niespodziankę i kupić jej bukiet różowych róż. Gdy już to zrobiłem, wolnym krokiem ruszyłem w stronę naszego mieszkania, licząc na to, że King już nie śpi.
Wysiadłem z windy i zastukałem do drzwi. Po chwili usłyszałem zgrzytanie zamków i odgłos zsuwanego łańcucha. Klamka opadła, a drzwi się uchyliły. Wszedłem do środka i pierwszym, co zobaczyłem, były torby stojące na środku przedpokoju.
- Mary, co to za rzeczy? - zapytałem nieco zaskoczony tym widokiem.
- Twoje.
- Moje?
- Wyprowadzasz się.
- Słucham? Słonko, jestem trochę zmęczony, nie mam nastroju na głupie żarty - rzuciłem i wyciągnąłem dłoń w jej stronę, jednak ta szybko się odsunęła.
- Nie żartuję. To koniec, Jared. Nie chcę już z tobą mieszkać i nie chcę już z tobą być. - Jej ton był zimny jak lód, a ja nadal nie wierzyłem, że mówiła poważnie, choć wszystko na to wskazywało.
- Mary, co ty w ogóle wygadujesz?
- Głuchy jesteś?! Nie chcę już z tobą być! Już cię więcej nie potrzebuję, nie kocham cię! - wykrzyczała to tak głośno, że echo boleśnie odbiło się od ścian i uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą.
- Dlaczego tak mówisz, co się dzieje? Mary...
- Zamknij się! Nie dochodzi to do ciebie?! Już cię nie kocham! Nie kocham cię, Jared! Wynoś się stąd! Wynoś się z mojego życia! Nie chcę cię już więcej widzieć! Nie kocham cię, nie kocham i nie potrzebuję! Słyszysz?! Nie potrzebuję!
Moje serce przeszył ogromny ból, a dłoń zacisnęła się mocniej na trzymanych w ręku łodygach. Tak mocno, że ich kolce boleśnie wbiły się w moją skórę.
- Mówisz poważnie, tak? - wydukałem, gdy ledwo co przełknąłem ślinę.
- A wyglądam jakbym żartowała? Zabieraj swoje rzeczy i wyjdź. Po prostu stąd wyjdź.
- Jak chcesz. To dla ciebie. - Położyłem na szafce spory bukiet, po czym chwyciłem torby ze swoimi rzeczami i w wielkim szoku opuściłem mieszkanie. 
Wlokąc się do windy, miałem nadzieję, że Mary otworzy drzwi i oznajmi, że to był tylko głupi żart, ale nic takiego się nie stało. Dziewczyna, która jeszcze trzy dni wcześniej zarzekała się, że zostanie moją żoną, wyrzuciła mnie z domu, powiedziała, że już mnie nie kocha i nie potrzebuje. To wszystko było jak zły sen, pieprzony koszmar pieprzonego wariata. Zakrwawioną dłonią nacisnąłem nieduży guziczek i czekałem. Czekając, szczypałem się po rękach, ale koszmar się nie kończył. To wszystko działo się naprawdę, to była pieprzona rzeczywistość. Straciłem ją, straciłem...      


............................
Tytuł rozdziału: Jeśli poprosisz mnie bym została, odejdę,  już cię nie potrzebuję

Utwory wykorzystane w rozdziale:
*Led Zeppelin - Stairway to heaven
*Leadbelly - Where did you sleep last night
 
 




Data pierwotnej publikacji: 23.05.2012

69. This is the story of my life

Courtney:

Seattle 1983 r.:

        - Tu masz pieniądze i adres. Oficjalnie to wizyta kontrolna. - Wujek David położył na stoliku banknoty i niedużą wizytówkę, po czym opuścił mój pokój, trzaskając lekko drzwiami. Podeszłam do drewnianego mebla i chwyciłam w dłoń białą kartkę: Walter Williams, lekarz ginekolog. Wzięłam głęboki oddech i wsadziłam ją do kieszeni jeansów. Pieniądze schowałam do wnętrza pluszowego miśka, by nie zobaczyła ich moja matka, Gdyby dowiedziała się, że mam tysiąc dolarów, od razu by mi je zabrała i wydała wszystko na prochy i wódę.
Odłożyłam maskotkę z powrotem na łóżko i wróciłam do przeglądania magazynu. Przewracałam właśnie kolejną stronę, gdy do mojego pokoju jak burza wpadł Oliver.
- Courtney, gdzie są moje gumki?!
- A skąd mam niby wiedzieć?
- Dobrze wiem, że od tygodnia mi je podbierasz. Jak chcesz się bzykać, to sama kupuj sobie prezerwatywy, nie są drogie.
- Pierdol się - warknęłam i rzuciłam w brata leżącą tuż obok mnie poduszką.
- Ty szmato! - W mgnieniu oka wskoczył na moje łóżko i chwycił mnie za włosy.
- Puszczaj, debilu! - wrzasnęłam, wbijając paznokcie w dłonie brata.
- Ej, dzieciaki, co tu się dzieje? Słychać was w całym bloku. - Do pokoju właśnie wszedł wujek, a my oboje przestaliśmy na siebie wrzeszczeć.
- Ta mała dziwka podbiera mi gumki.
- Nie jestem dziwką, ty śmieciu! - znów krzyknęłam i uderzyłam Olivera w twarz. Już chciał mi oddać, gdy brat naszej matki złapał go za ramiona i odciągnął ode mnie.
- Oli, spokojnie, to nie ona tylko ja. Przepraszam, że nie pytałem, ale wiesz, jak jest. Nigdy nie wiadomo, kiedy ciotkę coś najdzie.
- Trzeba było tak od razu. 
Obaj się zaśmiali, po czym Oliver rzucił mi zwykłe 'sorry, siostra' i wyszedł.
- Wszystko w porządku? - Wujek usiadł tuż obok i objął mnie ramieniem.
- Tak. - Uniosłam delikatnie kąciki ust, a wargi bruneta musnęły czule moje czoło.
- Jutro będzie po wszystkim i nikt się o niczym nie dowie.
- Jasne.
- Dzielna dziewczynka. - Znów mnie pocałował, tym razem w policzek i wrócił do salonu.




***



         Wolnym krokiem weszłam do budynku, w którym swój gabinet miał ginekolog, w kolejce czekała tylko jedna osoba, młoda dziewczyna, prawdopodobnie moja rówieśniczka, być może młodsza. Spojrzała na mnie przelotnie i delikatnie odrzuciła na bok swoje długie blond włosy. Jakimś cudem nie mogłam oderwać od niej wzroku. Pierwszy raz w życiu widziałam tak śliczną dziewczynę. Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy do niej  zagadać, jednak jakoś nie mogłam się na to zebrać. Ostrożna obserwacja była jedyną rzeczą, na jaką było mnie w tamtym momencie stać, mimo iż nigdy nie miałam problemów z zagadywaniem obcych osób.
- Tak więc do zobaczenia za dwa tygodnie na porodówce, pani King. 
W drzwiach gabinetu stanął ubrany w biały fartuch mężczyzna, a obok niego ciężarna blond włosa kobieta.
- Mam nadzieję, że tym razem obędzie się bez opóźnień.
- Ja również. 
Wymienili się uśmiechami i siedząca obok mnie dziewczyna powoli zaczęła podnosić się z krzesła. Blondynka w ciąży okazała się być jej matką, były nawet do siebie bardzo podobne. Obie wysokie i bardzo urodziwe.
- Zapraszam cię do gabinetu - zwrócił się do mnie lekarz, wyrywając z zamyślenia. Na odrobinę drżących nogach wstałam z miejsca i udałam się w stronę otwartych drzwi. - Wejdź za parawan, rozbierz się i nałóż to. - Williams podał mi niebieski materiał, wskazał odpowiednie miejsce i zaczął zapisywać coś w dużym zeszycie.
        Kiedy byłam już gotowa do zabiegu, ułożyłam się na fotelu, który bardziej przypomniał średniowieczne narzędzie tortur niż element wyposażenia gabinetu lekarskiego.
- Proszę się rozluźnić - rzucił doktor, biorąc do ręki dosyć spore kleszcze. Przełknęłam głośno ślinę i odwróciłam głowę w bok, by nie musieć na to patrzeć. - Spokojnie, podam ci znieczulenie miejscowe, to nie powinno trwać długo. Rozluźnij się - powtórzył, a ja miałam ochotę kopnąć go za to w twarz. Ciężko mi się było rozluźnić, wiedząc, że zaraz wsadzi mi do pochwy to wielkie, metalowe coś. Bałam się jedynie bólu, tudzież ewentualnego krwotoku, zupełnie nie ruszało mnie to, że za chwilę mężczyzna, który pięć minut wcześniej uśmiechał się do kobiety cieszącej się z tego, że niedługo da życie nowemu człowiekowi, zabije moje dziecko. Nawet nie postrzegałam tego zarodka w swojej macicy jako dziecka, dla mnie to było jedynie nieciachane ciało obce, które wszczepił mi mój własny wujek.
- Za moment będzie po wszystkim. 
        Kiedy już faktycznie było, jak gdyby nigdy nic ubrałam się z powrotem w swoje ciuchy i jeszcze na chwilę usiadłam przy biurku ginekologa.
- W ciągu najbliższych kilku dni może wystąpić nieduże krwawienie, osłabienie i ból. Z tym ostatnim poradzą sobie tabletki. Do pełnej formy powinnaś dość w ciągu dwóch, trzech tygodni. No i oczywiście przez najbliższy czas nie ma szans na to, byś mogła znów zajść w ciążę.
- Proszę pana, mam czternaście lat, właśnie dokonałam aborcji, dziecko jest ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależy, to chyba oczywiste - rzuciłam, patrząc na niego jak na kretyna.
- Nie gwarantuję, że i w przyszłości nie będziesz miała z tym kłopotów.
- O to będę się martwić w przyszłości.
- Wy nastolatki czasami bywacie takie bezmyślne.
- Skończył już pan?
- Tak. 
Podałam mu pieniądze, wstałam z miejsca i nawet się nie żegnając, opuściłam jego gabinet. Kilka metrów dalej wsiadłam do tramwaju, który zatrzymywał się tuż przy moim bloku. Jadąc i gapiąc się bezmyślnie w szybę, poczułam ogromną ulgę. Cieszyłam się, że już nie miałam w sobie tego czegoś i mogłam dalej żyć tak jak chciałam, bez ograniczeń wymuszonych niechcianą ciążą. 





***




         - Courtney, gdzieś ty znowu była?! - matka od progu powitała mnie głośnym wrzaskiem.
- Na spacerze.
- Dobrze wiesz, że zaraz muszę iść do pracy, a trzeba przygotować obiad dla gości. Swoją drogą, to mogliby sobie już stąd pojechać, bo mam dosyć tego latania po klientach.
- A ja mam dosyć ogólnie ich towarzystwa.
- Courtney, nie bądź bezczelna.
- Nie jestem.
- Dobra, chodź, kotku, pokażę ci, gdzie co jest. - Matka złapała mnie za rękę i pociągnęła do kuchni. - Tu masz już ubite i doprawione mięso, wystarczy je usmażyć. Ziemniaki też już są obrane i posolone. Courtney, dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blada.
- Trochę mnie brzuch boli.
- To wiesz co, słonko, połóż się, a obiadem zajmie się David. Ja wrócę za kilka godzin. - Kobieta cmoknęła mnie w policzek i pogłaskała po głowie.
- Jak ty możesz mnie całować po tym, jak dzień wcześniej obciągałaś jakimś menelom? - burknęłam, z obrzydzeniem przecierając rękawem ucałowany kawałek skóry. 
Matka spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, po czym wymierzyła mi silny policzek i wyszła z mieszkania, głośno trzaskając drzwiami. 
- Pierdolona dziwka! - wrzasnęłam i kopnęłam lewą nogą w stojący tuż przede mną stół. Nie było to dobre posunięcie, gdyż wywołało silny ból w podbrzuszu. Położyłam na nim dłoń i nieco zgarbiona udałam się do swojego pokoju. Nie zdejmując ciuchów, rzuciłam się na łóżko i leżałam na nim skulona, dopóki nie usłyszałam skrzypnięcia i odgłosu przekręcanego klucza. Wiedziałam, że to on, jednak mimo wszystko nieco się uniosłam.
- I co, już po wszystkim? - Wujek usiadł na brzegu łóżka i położył dłoń na mojej głowie.
- Tak.
- No to świetnie. - Jego prawa kończyna zsunęła się z moich włosów na tułów i zacisnęła na lewej piersi schowanej pod białą bluzką.
- Naprawdę dzisiaj nie mogę, wszystko mnie boli.
- Biedactwo. - Wargi mężczyzny musnęły moje leciutko rozchylone usta, a mnie przeszedł silny dreszcz obrzydzenia. Nienawidziłam, kiedy mnie dotykał, całował i kiedy mnie pieprzył. Nienawidziłam, kiedy pieścił moje krocze i kiedy wpychał mi do ust swojego wielkiego kutasa. Więc dlaczego nic nikomu nie powiedziałam? Z prostego powodu, wstydziłam się. Wstydziłam się przyznać do tego, że pieprzył mnie mój własny wujek, rodzony brat mojej matki. - No to może chociaż weźmiesz go do buzi, co? Nie daj się prosić. 
Zacisnęłam mocno powieki, po czym skinęłam twierdząco głową. Chciałam odklepać swoje i zostać sama. 
Mężczyzna rozpiął spodnie, a ja otworzyłam usta...  




***





Bellingham 1987 r.:

          - Courtney, trzeba iść na zakupy.
- Po co? - Uniosłam wzrok znad ulotki farmaceutycznej i rzuciłam bratu pytające spojrzenie.
- Za godzinę będzie tu wujek David. 
Gdy tylko usłyszałam to imię, automatycznie wypuściłam z ręki trzymany druk. Oliver nie wiedział o tym, co robił mi wujek, wiedziała tylko Mary, jednak nawet jej nie powiedziałam o aborcji, której poddałam się w wieku czternastu lat. Nie dlatego, że się wstydziłam, a dlatego, że Mary Jane była przeciwniczką zabijania niewinnych, jeszcze nienarodzonych dzieci. Bałam się, że jeżeli jej o tym opowiem, przestanie się ze mną przyjaźnić, że mnie znienawidzi, a to było ostatnią rzeczą, jakiej pragnęłam. Nie chciałam jej stracić, nie chciałam stracić swojej ślicznej tancereczki.
- Wybacz, ale za godzinę jadę z Mary do Seattle.
- Court, przecież to nasz ulubiony wujek, a do Seattle możecie pojechać kiedy indziej.
- No chyba twój - burknęłam i wstałam z krzesła.
- Przecież zawsze byłaś jego oczkiem w głowie, traktował cię jak własną córkę.
- Zdziwiłbyś się.
- Proszę cię, przestań się wydurniać, bierz kasę i idź do sklepu, a ja przygotuję jakiś obiad. - Oliver rzucił na stół swój portfel i spojrzał na zegarek.
- Już ci mówiłam, że jadę z Mary do Seattle, sam się nim zajmuj.
- Coś ty dzisiaj brała? - Spojrzał na mnie jak na kretynkę, po czym po mieszkaniu rozniósł się odgłos dzwonka. - To pewnie Gloria. - Brat zniknął w korytarzu, a ja stanęłam przy uchylonym oknie i odpaliłam papierosa. - Przecież miałeś być za godzinę, nie zdążyliśmy jeszcze nic przygotować.
- Udało mi się trafić na pospieszny. A tym szykowaniem to się nie przejmuj, przecież nie przyjechałem tu jeść. 
Słysząc ten głos, zamarłam. Żarzący się Camel wypadł mi z dłoni i uderzył o brudne kafelki.
- Courtney, zobacz, kto już jest. 
Zamiast odwrócić się w stronę wejścia, pochyliłam się i podniosłam z podłogi papierosa. Nie chciałam, bardzo nie chciałam patrzeć na jego twarz.
- Courtney?
- Papieros mi upadł. - Mimo największych starań nie byłam w stanie opanować drżenia głosu ani rąk. Powoli się wyprostowałam i niechętnie spojrzałam na brata swojej matki. Praktycznie nic się nie zmienił, może trochę posiwiał, poza tym wyglądał dokładnie tak samo i patrzył na mnie w ten sam sposób.
- Boże, Courtney, jak ty wyrosłaś. Ile to my się nie widzieliśmy? Cztery lata?
- No jakoś tak. - Oliver się uśmiechnął, a mężczyzna zrobił pewny krok w moją stronę i objął mnie ramionami. Moje ciało drgnęło, kiedy jego dłoń przesunęła się po moich plecach i nieznacznie musnęła pośladki. Nie był to jednak taki dreszcz, jaki odczuwałam, kiedy dotykała mnie Mary, ten nie był wywołany przyjemnością, tylko ogromnym obrzydzeniem.
- Wiesz co, Oliver, jednak wezmę te pieniądze i skoczę do sklepu.
- Pójdę z tobą - zaoferował się brunet.
- Nie, poradzę sobie sama. - Szybkim krokiem podeszłam do stołu i chwyciłam portfel brata.
- Kup jakieś warzywa, mięso, ogólnie coś, co nada się do zjedzenia. No i jakieś ciasto na deser. 
- Jasne. - W mgnieniu oka narzuciłam na siebie bluzę i wybiegłam z domu, ledwo co opanowując przyspieszony z nerwów oddech. Byłam pewna, że już się od niego uwolniłam, że już nigdy więcej mnie nie skrzywdzi. Myliłam się, jak zwykle się myliłam...
         Po maksymalnie rozciągniętych w czasie zakupach bardzo niechętnie, krokiem skazańca wróciłam do domu i od razu skierowałam się do kuchni. Kiedy torby trafiły na stół, usłyszałam za sobą ciche kroki. Zanim zdążyłam się odwrócić, te do bólu znajome ramiona oplotły moje ciało.
- Tęskniłem za tobą, moja mała księżniczko, a ty za mną? - wyszeptał mi prosto do ucha, po czym musnął jego płatek językiem. 
Nie byłam wstanie wykonać żadnego ruchu prócz wzdrygnięcia. 
- Ty drżysz. Boisz się mnie? Niepotrzebnie, wiesz, że nie zrobię ci krzywdy, chcę cię tylko dotknąć, poczuć twoje ciepło. - Jego dłoń zsunęła się na moje udo i wślizgnęła pod spódniczkę. Palce powoli zaczęły wędrować w stronę bielizny, już dotykały jej brzegów, gdy z korytarza dobiegł nas głośny trzask.
- Już jestem! 
Słysząc głos brata, szybko wyrwałam się z pułapki rąk wujka i wybiegłam z kuchni. W przedpokoju niemal zderzyłam się z Oliverem i bez słowa opuściłam dom, nie zaprzestając biegu. Zatrzymałam się po krótkiej chwili, kiedy to znalazłam się na chodniku pełnym ludzi. Wzięłam kilka głębokich oddechów, przetarłam twarz dłonią i uspokoiłam kołaczące serce.
- Spokojnie, Courtney, spokojnie. - Po tych słowach skręciłam w lewo i weszłam do sklepu odzieżowego. Chwyciłam pierwszą lepszą bluzkę i udałam się z nią do przymierzalni. Zasunęłam ciemnozieloną kotarę i powiesiłam sklepowy ciuch razem z wieszakiem na niedużym haczyku. Zanurzyłam dłoń w kieszeni spódniczki i wyjęłam z niej torebeczkę z kokainą. Przykucnęłam i usypałam na stojącym w rogu malutkiego pomieszczenia stołku dosyć sporą ścieżkę, którą wciągnęłam w ekspresowym tempie. Równie szybko przetarłam mebel naciągniętym na dłoń rękawem, pozbyłam się pozostałości narkotyku spod nosa i wyszłam z przebieralni.
- I jak, pasuje? - zwróciła się do mnie szeroko uśmiechnięta ekspedientka.
- Nie, jest za mała.
- Większych niestety nie mamy.
- Wielka szkoda - rzuciłam i po odwieszeniu bluzki na miejsce, opuściłam sklep, kierując się prosto do domu Kingów. 

Gdy tam doszłam, stanęłam przy frontowych drzwiach i wystukałam nasz tajny szyfr. Klucz w zamku przekręcił się, drzwi otworzyły i stanęła w nich Mary.
- Cześć, piękna. - Chwyciłam w dłonie jej twarz i wpiłam się namiętnie w miękkie niczym jedwab usta.
- Courtney, przestań, Lily jest w domu. - Blondynka delikatnie się ode mnie odsunęła.
- Wybacz, miałam ochotę na małego buziaczka. - Posłałam jej szeroki uśmiech i weszłam do środka. Na kanapie w salonie siedziała jej czteroletnia siostra, pieszczotliwie zwana przeze mnie karaluszkiem. W rączkach trzymała dwa miśki, a wokół niej leżało jeszcze kilka innych pluszaków.
- Cześć, słodziaczku. - Wskoczyłam na sofę i cmoknęłam małą blondyneczkę w czoło.
- Cześć. - Wyszczerzyła szeroko swoje białe mleczaki i wróciła do zabawy. W tym czasie Mary zajęła  miejsce po jej lewej.
- I co, jedziemy do Seattle?
- Nie mogę, ojciec jest w pracy, a ja muszę zostać z małą.
- Podrzuć ją Robinsonom.
- Ona nie chce.
- Lily, dlaczego nie chcesz iść do pani Robinson?
- Bo chcę być z Mary - oznajmiła oczywistym tonem.
- Jesteś z Mary codziennie.
- To co. - Zdjęła czarnemu miśkowi brązowy sweter i nałożyła go beżowemu.
- No bo wiesz, ja i Mary bardzo byśmy chciały pojechać do Seattle, do takiego jednego pana.
- Po co? - Czterolatka wbiła we mnie uważny wzrok.
- Załatwić taką jedną bardzo ważną sprawę. No to jak będzie, puścisz ją?
- Nie. 
Mary posłała mi zrezygnowane spojrzenie i wstała z miejsca.
- Karaluszku, proszę cię, zrobię wszystko, co będziesz chciała. Nawet coś ci kupię.
- Co?
- Co tylko będziesz chciała.
- Chcę czekoladowe parasolki i lizaki.
- Od lizaków psują się zęby - wtrąciła się starsza King.
- I co. Parasolki i lizaki.
- Niech ci będzie, ty mała materialistko. Kupię ci to w Seattle i dam, jak wrócimy.
- I będziesz moim koniem. 
Spojrzałam najpierw na nią, a potem na Mary, która tylko cicho zachichotała.
- No koniem. Patrz. - Mała ześlizgnęła się z kanapy, uklękła na podłodze i podparła z przodu rękami.
- No już rozumiem i kiedy mam nim być, teraz?
- Yhy. 
Pokręciłam głową i przyjęłam pokazaną przez małą King pozycję. Ta niezwykle rozbawiona wsiadła mi na plecy i kazała się wozić po całym domu.
- Wio, koniku, wio! Szybciej! Szybciej! 
Podczas gdy ja robiłam za rumaka, Mary szykowała się do naszego wyjazdu. Kiedy była już gotowa, zatrzymałam się.
- Dobra, mały jeźdźcu, konika już bolą plecy, musi odpocząć. 
Lily niechętnie zeszła z mojego grzbietu i stanęła na miękkim dywanie. Ja przykucnęłam tuż przed nią i uważnie na nią spojrzałam.
- Teraz już możemy jechać?
- No możecie.
- Tylko nie mów nic tacie, dobrze? - Mary wzięła małą na ręce i spojrzała jej w oczy.
- Dobrze. 
Dziewczyna musnęła wargami policzek młodszej siostry i leciutko ją podrzuciła.
         Półtorej godziny później Lily była u Robinsonów, a ja i Mary u mojego znajomego, który zajmował się wykonywaniem tatuaży. Miał swoje domowe studio i znajomych obsługiwał za darmo. Trafiłyśmy akurat na moment, w którym ten organizował imprezę. Całe szczęście, był jeszcze trzeźwy.
- Courtney Ravin? Nie wierzę! - Długowłosy brunet rozłożył ramiona i mocno mnie do siebie przytulił. - Co cię sprowadza w moje skromne progi?
- Moja przyjaciółka chce sobie zrobić tatuaż. - Tu wskazałam dłonią na stojącą tuż obok mnie Mary.
- A twoja przyjaciółka ma jakieś imię?
- Mary - przedstawiła się blondynka i wyciągnęła dłoń.
- Chuck. - Chłopak uścisnął jej rękę i delikatnie się uśmiechnął. - Zapraszam. 
 Obie poszłyśmy za nim, przechodząc przez pełen ludzi przedpokój i salon, kierując się prosto do pomieszczenia, gdzie trzymał cały swój sprzęt. Wsadził do zamka schowany w kieszeni kluczyk i wszyscy troje weszliśmy do środka.
- Siadajcie. 
Obie usiadłyśmy na wygodnej kanapie, a Chuck pozapalał wszystkie światła.
- W jakim miejscu chcesz mieć ten tatuaż i jaki wzór cię interesuje?
- Napis na lewej łopatce - odpowiedziała Mary Jane, rozglądając się po obwieszonych różnymi rysunkami ścianach.
- Jakieś konkretne słowa?
- Reszta jest milczeniem.
- No proszę, nie dość, że ładna, to jeszcze oczytana. Rzadko kiedy ktoś prosi mnie o cytaty z
Shakespeare'a.
- Bo Mary jest wyjątkowa. - Uśmiechnęłam się i spojrzałam na swoją towarzyszkę.
- No dobra, ściągnij bluzkę i wskakuj na fotel. Mam nadzieję, że jesteś odporna na ból.
- Jak mało kto. - Blondynka zrzuciła bluzkę i usiadła na przeznaczonym dla klientów miejscu. Widząc ślady na jej plecach, tatuażysta zrozumiał, że King nie zrobi mu żadnej dramatycznej sceny, więc sięgnął po nieduży zeszyt i podał jej go do rąk.
- Wybierz czcionkę, a ja wszystko przygotuję.
        Po kilkudziesięciu minutach Mary miała już swój tatuaż, a Chuck zaproponował nam zostanie na imprezie. Zgodziłyśmy się. Dostałyśmy po dużym kubku piwa i wmieszałyśmy się w tłum, w którym dopatrzyłam się kilku znajomych twarzy.
- No proszę, nasza Courtney odwiedziła stare śmieci. A ta laseczka to kto? - Brandon wskazał na King, a siedzący z nim Jeremy, Cliff i jakieś dwie panny spojrzeli na nią z zaciekawieniem.
- To Mary Jane, moja młodsza siostra - rzuciłam, po czym wzięłam duży łyk piwa.
- Siostra? Przecież ty nie masz siostry, tylko brata.
- Przyrodnia. Ojciec zmajstrował ją jakieś studentce. Jesteśmy ze sobą blisko. Bardzo blisko. - Tu położyłam dłoń na pośladku Mary i przesunęłam język po jej szyi. Towarzystwo zaczęło wydobywać z siebie dźwięki aprobaty, a King się zaśmiała, po czym nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku.
- To naprawdę twoja siostra? - Jeremy spojrzał na mnie dosyć dziwnym wzrokiem, gdy tylko usiadłyśmy na kanapie.
- Nie, na niby. Oczywiście, że naprawdę, głuptasie.
- Ja pierdolę. - Chłopak się zaśmiał i przyłożył do ust butelkę ze schłodzoną wódką. 

 


***




         - Oni naprawdę uwierzyli, że jesteśmy siostrami! - pisnęła Mary i obie weszłyśmy do zupełnie pustego autobusu. Zajęłyśmy miejsca na środku pojazdu, a kierowca po odczekaniu dłuższej chwili, zamknął wejście i ruszył.
- Myślałam, że się tam posikam ze śmiechu!
Szeroko się uśmiechnęłam i spojrzałam na Mary. Na jej twarzy malowało się zmęczenie, ale też i zadowolenie z udanej zabawy. Odwzajemniła uśmiech i oparła głowę o trzęsąca się szybę. - Wiesz, w pewnym momencie pomyślałam, że oni czekają tylko na to, aż zaczniemy się dotykać.
- Ja też - odpowiedziała nieco zachrypniętym głosem. - A tak w ogóle, to dlaczego nie zaczęłyśmy?
- Bo nie lubimy robić tego przy ludziach - wyjaśniłam, wieszając reklamóweczkę ze słodyczami dla Lily na rączce fotela.
- Tu nie ma ludzi.
- Jest kierowca.
- Nie widzi nas - wyszeptała, odwracając wzrok w moją stronę.
- Ma takie duże lusterko, o tam. - Tu wskazałam na spory obiekt odbijający, wiszący pod samym dachem.
- No i co z tego.
- Mam cię teraz dotykać?
- Jak masz ochotę.
Nic nie odpowiedziałam tylko znów się uśmiechnęłam i rozpięłam zamek obcisłych jeansów King, która leciutko się osunęła. Musnęłam wargami jej czerwony policzek i wsunęłam dłoń pod materiał figów. Gdy dotknęłam jej ciepłej waginy, ta cichutko jęknęła. Moje palce intensywnie masowały łechtaczkę blondynki, co dawało jej dużą przyjemność. Wnioskowałam to po błogim wyrazie jej twarzy i mocno zaciśniętych na dolnej wardze zębach. 
Przyspieszony oddech poruszał jej schowanymi pod bluzką i czerwonym stanikiem piersiami, a dłoń zaciskała się na mojej. Kiedy jej ciało przeszła fala orgazmu, wysunęłam palce spomiędzy jej ud i wsunęłam między rozchylone wargi. Delikatnie musnęła moje opuszki koniuszkiem swojego języka.
- Kocham cię, Mary - wyszeptałam i nie czekając na odpowiedź, wtuliłam twarz w zagłębienie pomiędzy jej ramieniem i szyją.
- Jak wrócimy do mnie, to tak cię wypieszczę, że będziesz sikać z rozkoszy.
- Nasikam ci prosto do ust.
- Świnia! - Mary odepchnęła mnie od siebie i zaczęła się głośno śmiać, obie zaczęłyśmy.
        Przez resztę drogi szeptałyśmy sobie, co będziemy robić przez kolejne kilka godzin, co chwila dotykając piersi tej drugiej. Kiedy pojazd w końcu się zatrzymał, złapałyśmy się za ręce, ja chwyciłam swoje zakupy i ze śmiechem na ustach skierowałyśmy się do wyjścia. 
Kątem oka zobaczyłam rozpięty rozporek kierowcy i plamę zasychającego nasienia. Ci mężczyźni...
Mary ścisnęła mocniej moją dłoń i oparła głowę o ramię. Uśmiechnęłam się sama do siebie i zagryzłam dolną wargę, wdychając intensywny zapach wanilii. 

Kochałam ją, tak cholernie ją kochałam...
.........................
Tytuł rozdziału: Oto historia mojego życia
  
Podawanie się za siostry zaczerpnięte z fragmentu Rent. 


Data pierwotnej publikacji: 12.05.2012 

68. You bleed on the sheets, whisper softly how you love the stars

Jared:

        - Nie ma już mleka? - Odwróciłem wzrok od drzwiczek lodówki i przeniosłem go na siedzącą na stole Mary. W ręku trzymała miseczkę wypełnioną po brzegi płatkami czekoladowymi.
- Nie ma. Zużyłam to, co zostało z wczoraj.
- Trudno, zjem bez mleka. - Uniosłem lekko kąciki ust i zamknąłem lodówkę. Chwyciłem napoczętą przez King paczkę zbożowych kulek i wsypałem je do zdjętej z suszarki miski, którą zdobiło kilka zacieków. - Mary, mogłabyś się w końcu nauczyć porządnie wycierać naczynia - zwróciłem się do swojej dziewczyny, zajmując jedno z czterech krzeseł.
- To sam je wycieraj, nikt ci nie broni. - Blondynka spojrzała na mnie tym swoim zadziornym wzrokiem i wystawiła język.
- Jak dziecko, jak dziecko.
- Nie marudź, tylko włącz radio. 
Pokręciłem głową i włączyłem stojący na rogu stołu niewielki sprzęt grający, po czym wrzuciłem do ust garść suchych płatków. 
Po niedługim monologu niezwykle ożywionego spikera, którego dziewczyna zapewne nie pozbawiła resztek mleka, na antenie rozbrzmiał utwór Somebody to love, co natychmiast ożywiło Mary. Odstawiła miseczkę na bok i zaczęła poruszać swoim ciałem do rytmu piosenki, którą uwielbiała. 
- When the truth is found to be lies and all the joy within you dies. Don't you want somebody to love? Don't you need somebody to love? Wouldn't you love somebody to love? You'd better find somebody to love...* - śpiewała i wymachiwała uniesionymi do góry nogami, nie odrywając pośladków od drewnianego blatu. Uśmiechnąłem się, a ona spojrzała na mnie pełnym pożądania wzrokiem, z którego aż kipiał zmysłowy erotyzm. - When the garden flowers Baby, are dead, yes And your mind, your mind Is so full of red.** 
Jej wyprostowana w kolanie prawa noga nakierowała się prosto na mnie. Nieduża, jak na wysoką dziewczynę, stopa przesunęła się tuż przed moją twarzą, po czym zatrzymała się na ramieniu. Blond czupryna falowała w powietrzu, wprowadzona w ruch przez poruszającą się rytmicznie głowę. Mimowolnie spojrzałem nieco niżej, na obnażone przez szeroki rozkrok różowe figi.
- Mam nadzieję, że przy Calvinie tak nie tańczysz - rzuciłem, gdy ciało King zaczęło przesuwać się w moją stronę. Jej łydka obijała się o moje plecy, a udo było w zasięgu ust.
- Co, zazdrosny?
- Jak cholera. - Przygryzłem dolną wargę, po czym nieznacznie musnąłem nią gładką jak jedwab skórę Mary. Zaśmiała się, nie zaprzestając ruchu górną częścią ciała.
- Spokojnie, tak tańczę tylko dla ciebie.
- Mam nadzieję. 
Przed oczami błysnął mi jej łobuzerski uśmiech, który szybko ustąpił miejsca wyrazowi twarzy, który widziałem u tancerek erotycznych wynajętych na dwudzieste pierwsze urodziny Maxa. Mary ruszała się dokładnie tak jak one, a może nawet lepiej. Ten taniec to był czysty, a raczej brudny seks. 
         Podniosła opartą o moje ciało nogę i zmysłowym ruchem prześlizgnęła się z powrotem na środek stołu. Jej schowany pod obszerną koszulką z logiem Led Zeppelin brzuch falował, tak samo jak piersi. Nawet spod białego materiału widziałem jej sterczące sutki. Jej dłonie dotykały a to włosów, a to tułowia, powoli przechodząc na uda, tylko po to, by potem znów wrócić na głowę. Wyraz jej twarzy stawał się coraz bardziej namiętny, przez chwilę miałem wrażenie, że czerpała z tego przyjemność seksualną. Naprawdę zacząłem się zastanawiać, czy sam taki taniec był w stanie doprowadzić ją do orgazmu, co było raczej głupie.
        Muzyka ucichła, znów przemówił spiker, więc King ściszyła radio, które miała w zasięgu ręki.
- Podobało się?
- A jak myślisz? - Uniosłem wymownie brwi, a Mary przysunęła się w moją stronę. - Bardzo profesjonalnie.
- W takim razie należy mi się jakaś zapłata, nie uważasz? Chyba wiesz, jak mężczyźni płacą takim tancerkom. - Dziewczyna rozchyliła uda i podniosła lekko koszulkę, tak by odsłonić brzeg swojej bielizny. Jako że nie miałem przy sobie nawet dolara, chwyciłem w dłoń kilka płatków, odchyliłem jedwabny materiał i wrzuciłem je pod niego, na co Mary zabawnie pisnęła. Oparłem się z powrotem o krzesło i głośno zaśmiałem.
- Teraz to wyciągaj, ty głupku.
- Mam ci grzebać w majtkach? - zapytałem, robiąc teatralną minę wyrażającą udawane obrzydzenie.
- No nie mów, że tego nie lubisz. - Jej prowokujący ton wymusił na mnie szeroki uśmiech i podniesienie się z krzesła. Spojrzałem jej głęboko w oczy, lewą ręką oparłem się o blat stołu, a prawą zanurzyłem w jej figach. Górne jedynki i dwójki Mary zacisnęły się na dolnej wardze, a ciało leciutko drgnęło, gdy tylko wierzch mojej kończyny, niby przypadkiem, otarł się o jej łechtaczkę.
Chwyciłem w palce pierwszą z pięciu czekoladowych kulek i położyłem ją obok miseczki. Zamiast nurkować po następną, posłałem Mary prowokujące spojrzenie i przesunąłem palec wskazujący po brzegu miękkiego jedwabiu. King rozchyliła wargi, chciała mnie pocałować, ale wtedy ja odsunąłem od niej usta. Zmarszczyła brwi w pytającym wyrazie twarzy, a ja tylko się uśmiechnąłem. Znów wsunąłem dłoń pod jej bieliznę, znów niby przypadkiem dotknąłem rozkosznie ciepłej waginy i znów wyłowiłem tylko jedną kulkę.
- Jared, rób to szybciej, bo mnie te głupie płatki uwierają. Jeszcze chwila i jeden wleci mi do tyłka. 
Zaśmiałem się i otarłem polikiem jej zarumieniony policzek. Rzadko kiedy się rumieniła, a wyglądała przy tym tak uroczo i niewinnie.
Moja dłoń znów skryła się pod różowym materiałem i tym razem zebrałem wszystkie pozostałe płatki. Odłożywszy je na blat, znów spojrzałem w oczy Mary. Jej spojrzenie mówiło wszystko, udało mi się ją nakręcić.
- Już wyjąłem wszystkie, teraz lepiej? - wymruczałem, a moje usta niemal stykały się z jej wilgotnymi od śliny wargami.
- Lepiej. - Jej głos był stłumiony, a skóra twarzy niemal parzyła. Uniosłem lewy kącik ust i przesunąłem palce po figach. Uda Mary zadrżały, głowa nieznacznie odchyliła, a powieki przymrużyły.
- Lubisz, jak cię tak dotykam? A może wolisz tak? - Nacisnąłem dwoma palcami na materiał, rytmicznie nimi ruszając. Zamiast odpowiedzi usłyszałem wyrwany z gardła jęk. - Mary. - Przycisnąłem swoje usta do jej warg, nie zaprzestając intensywnego masażu. 
Była jakby zahipnotyzowana, zdawała się tracić kontakt z otaczającym ją światem. Głośno oddychała, przymykała oczy i wydobywała z siebie urywane dźwięki, które na końcu przerodziły się w przeciągły jęk rozkoszy. 
Delikatnie się uśmiechnąłem i odsunąłem palce od wilgotnej bielizny.
Mary zmieniła pozycję na leżącą, starając się unormować swój oddech, który unosił jej piersi dwa razy szybciej niż zwykle. 
Tego dnia pierwszy raz od tygodnia kompletnie oddała się chwili. Przez minione siedem dni była okropnie spięta, ciągle myślała o tym, co zaszło w lokalu Finna. Bała się, że w każdej chwili do naszego mieszkania wpadnie policja i aresztuje nas oboje za to, że każde z nas czynnie go napadło. To znaczy o siebie się nie martwiła, bardziej niepokoił ją mój los. Była świecie przekonana, że Wharton wniósł oskarżenie tylko przeciwko mnie i sprawą zajął się King. Ja w to szczerze wątpiłem. Nie dostałem żadnego wezwania na komendę, nie przyszli do nas funkcjonariusze, więc prawdopodobnie facet dał sobie spokój. Ta butelka wina najwyraźniej  przemówiła mu do rozsądku. W końcu kiedy kobieta rozbija ci coś na głowie i mówi, że ma w dupie konsekwencje, naprawdę woli pójść siedzieć niż przebywać z tobą w jednym pomieszczeniu, a to raczej nie rokuje. Z całego serca wierzyłem, że Finn zmądrzał i intuicyjnie czułem, że miałem rację, a intuicja rzadko kiedy mnie zawodziła... 




***




         Po kilku godzinach pracy i próby marzyłem już tylko o wygodnym łóżku, więc nie zważając na to, że byłem mokry jak szczur, zrzuciłem z siebie ubranie i w samych bokserkach rzuciłem się na pościel. Byłem już naprawdę bliski zaśnięcia, gdy usłyszałem głośne trzaśnięcie. Uniosłem leniwie głowę i wtedy drzwi sypialni otworzyły się na oścież i stanęła w nich Mary. Na jej twarzy błądził dziwaczny uśmieszek, w dłoniach trzymała spory rulon.
- Zobacz, co kupiłam - rzuciła nienaturalnie wysokim głosem, który świadczył o równie nienaturalnej ekscytacji i rozwinęła trzymany w rękach przedmiot. Jak się okazało, był to plakat, na którym widniał będący w pełni księżyc, wokół którego rozsypane były gwiazdy. King w mgnieniu oka podbiegła do biurka, biorąc z niego nożyczki i taśmę klejącą. Spojrzałem na nią uważnie i nieco się podciągnąłem.
- Mary, czy ty coś brałaś?
- No, zajebisty towar, kupiłam od znajomego. Strasznie drogi, ale dostałam dzisiaj wypłatę i to z premią, więc kupiłam nam działeczkę. Trzymaj. - Zanurzyła dłoń w kieszeni i rzuciła mi woreczek, w którym znajdowało się pół działki białego proszku. - Najzajebistsza kokaina na świecie! Wciągniesz ją i masz taką energię, że szok. Do tego jesteś kurewsko napalony. Poważnie. Wzięłam to kilka minut temu w sklepie w kiblu i zaraz musiałam wrócić do kabiny, żeby strzelić sobie palcówkę, bo mnie dosłownie roznosiło. Bierz, ty nie będziesz musiał robić sobie dobrze sam, ja cię wyręczę, ale najpierw muszę przykleić ten plakat na ścianę. Cholera, te gwiazdy są zajebiste, ten księżyc też. Zastanawiałeś się kiedyś, jakby to było, bzykać się na księżycu? Przy takiej grawitacji można by się było unosić. Super, nie? Kurcze, jak ja bym chciała polecieć na księżyc, albo ogólnie w kosmos. Tam musi być kosmicznie. 
Ilość i prędkość słów wypływających z jej ust wprowadziły mnie w spore ogłupienie. Nadawała jak katarynka.
- No, tutaj go przywieszę, będzie zajebiście wyglądał. Chociaż lepiej by było walnąć go na sufit. Będę mogła na niego patrzeć, jak ty będziesz mnie posuwał.
- O nie, kochanie, wybacz, ale ja dzisiaj nie zamierzam nic posuwać. Jestem zmęczony, chcę spać, a ty możesz się masturbować, ile tylko chcesz, nawet całą noc.
- Oj, Jerry, głuptasku, weź to i od razu się ożywisz. - Mary weszła w butach na pościel i przyłożyła swój nowy nabytek do ściany. - Jedna mała ścieżka i bum, jesteś jak noworodek.
- Chyba jak nowo narodzony.
- Na jedno wychodzi. 
Rzuciłem niepewne spojrzenie na narkotyk. Nie miałem zbytniej ochoty na to, żeby się rozbudzić, chciałem spać.
- Nie, Mary, ty sobie rób, co chcesz, ja idę spać.
- Dupa z ciebie i to straszna. Dlaczego nie chcesz się ze mną bawić? Ostatnio robisz się strasznie sztywny i bynajmniej nie mam na myśli strefy seksualnej. Niedawno braliśmy sobie razem i się zabawialiśmy, a teraz ty już nie chcesz, bo wolisz spać.
- Miałem ciężki dzień i tyle.
- Sztywniak, sztywniak, sztywniak, sztywniak! - King niespodziewanie zaczęła krzyczeć.
- Mary, nie wydurniaj się.
- Sztywniak, sztywniak, sztywniak, sztywniak, sztywniak, sztywniak!
- Jezu, no dobra, niech ci będzie, ty wredoto koścista.
- Sam jesteś kościsty. - Przykleiła ostatni kawałek taśmy do ściany, a ja otworzyłem niedużą torebeczkę, wysypując tylko niewielką ilość jej zawartości. Nie chciałem brać wszystkiego, nie ufałem kolegom Mary. Uformowałem sobie niedużą kreskę, po czym niezbyt chętnie ją wciągnąłem.
- Czujesz już coś?
- Nie, dopiero co ją wziąłem.
- To powiesz, jak już zaczniesz, dobra?
- Dobra. 
Mary pocałowała mnie w policzek, po czym zeskoczyła z łóżka i zaczęła się rozbierać, rzucając ciuchy byle gdzie. Kiedy była już całkowicie naga, usiadła ze skrzyżowanymi nogami na pościeli i wzięła do rąk leżące na rogu materaca nożyczki. Jej wzrok wbił się w wiszący nad łóżkiem plakat, a ja wciąż byłem senny, chyba nawet jeszcze bardziej niż przed wciągnięciem tego towaru.
- Kurczę, jak ja kocham gwiazdy, są wspaniałe - wyszeptała, a ja przeniosłem wzrok z jej twarzy na ręce. Ostrze nożyczek wbite było w jej skórę, poruszała nim w różne strony. Krew spływała po przedramieniu, zostawiając nieduże plamy na białym prześcieradle.
- Co ty robisz?
- Niebo. - Uśmiechnęła się i uniosła do góry krwawiącą rękę, pokazując mi wyciętą na skórze gwiazdę. - Tobie też mogę je zrobić.
- Podziękuję. - Moja głowa mimowolnie zaczęła się kiwać, a powieki opadać. Zamiast się ożywić, jeszcze bardziej się przymuliłem.
- No dobra, to chociaż cię podpiszę, mogę?
- Rób, co chcesz - mruknąłem beznamiętnie i przestałem walczyć ze swoimi oczami. Pozwoliłem im się zamknąć. Jedynym, co słyszałem, była szumiąca w uszach krew, czułem też niewiele. Najpierw niezbyt przyjemny, piekący ból w okolicy brzucha, a potem przyjemne ciepło w kroczu. Moje usta uniosły się w delikatnym, mimowolnym uśmiechu, a dłoń kierowana instynktem, wplątała się we włosy Mary. Tego mi było trzeba...  






Mary:

          - Mary, nie powinnaś palić, musisz dbać o nasze dziecko. - Jared podszedł do mnie i zabrał z dłoni jeszcze nieodpalonego papierosa.
- Jakie dziecko? - Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
- To, które w sobie nosisz. - Szatyn podszedł do mnie i położył dłonie na moim brzuchu, który był nadzwyczaj duży. Położyłam kończyny na jego palcach i poczułam delikatne kopnięcie dochodzące z wnętrza.
- Poczułeś? 
Przytaknął i szeroko się uśmiechnął. 
- Rusza się. - Uniosłam kąciki ust w delikatnym uśmiechu. Wtedy też poczułam kolejny ruch, tym razem o wiele mocniejszy, wręcz bolesny. Syknęłam, a Jared spojrzał na mnie z troską wymalowaną na twarzy.
- Wszystko w porządku?
- Nie wiem, strasznie mnie boli. - Złapałam się za brzuch i usiadłam na materacu, który stał tuż za mną. Wzięłam głęboki oddech, po czym głośno krzyknęłam. Czułam się tak, jakby coś przebijało się przez moją skórę. Drżącymi dłońmi uniosłam koszulkę i spojrzałam na swój brzuch, na którym skóra była nienaturalnie czerwona. Przyjrzałam mu się uważnie i wtedy jakby zaczął się przepoławiać.
- Jared - jęknęłam przerażona i znów poczułam przerażający ból. Mój tułów zalał się krwią, podobnie jak biała pościel, na której siedziałam. Wydobyłam z siebie głośny krzyk, który spotęgował się, gdy tylko zobaczyłam wystającą z mojego ciała małą nóżkę. Dotknęłam jej, a wtedy ona rozpadła się na drobne kawałeczki, zostawiając na mojej dłoni plamy krwi. 

Poczułam niezwykle silny zawrót głowy i opadłam bezwładnie na materac... 





***  



         Szybkim ruchem zerwałam się z łóżka i w ostatniej chwili powstrzymałam cisnący się na usta głośny krzyk. Automatycznie przeniosłam wzrok na swój brzuch i kiedy zobaczyłam rozmazaną na nim krew, wrzask mimowolnie uwolnił się z mojego gardła. Uspokoiłam się dopiero wtedy, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że krwawienie miało swoje źródło nie w brzuchu i nie spowodowało go wyimaginowane kopiące dziecko, a w ręce, która była pocięta jak kawałek świątecznej szynki. Uniosłam ją i przyjrzałam się jej uważniej. To nie były przypadkowe kreski czy inne nic nieznaczące wzory, na mojej skórze wycięta była gwiazda, a przynajmniej coś gwiazdopodobnego. 
Przetarłam twarz dłonią, wycierając przy okazji zaschniętą ślinę z kącika ust, która po dłuższych oględzinach okazała się być zupełnie innym płynem ustrojowym i w dodatku nie moim. 
Przeniosłam swój wzrok na lewą stronę łóżka, gdzie Jared spał jak niemowlę, leżąc na brzuchu bez żadnego okrycia. Kołdra leżała zwinięta w kłębek na podłodze, a on, zresztą nie tylko on, oboje byliśmy nadzy. Nie cierpiałam nie pamiętać tego, co robiłam kilka godzin wcześniej, to mnie cholernie frustrowało i było jedną z niewielu negatywnych rzeczy związanych z byciem na haju. 
Z początku próbowałam sobie coś przypomnieć, cokolwiek, jednak w końcu stwierdziłam, że to bez sensu i dałam sobie z tym spokój. Zamiast niepotrzebnie wysilać swój umysł, położyłam dłoń na karku i wykonałam okrężny ruch głową, podczas którego zauważyłam wiszący na ścianie plakat przedstawiający księżyc i gwiazdy. Pamiętałam, że go kupiłam, nie miałam tylko pojęcia gdzie i za ile, ale czy to było istotne? To tylko kawałek papieru, nie mógł kosztować majątek, w odróżnieniu od kokainy Lefty'ego. Pięćdziesiąt dolarów za działkę to była dosyć wygórowana cena, jak na moje i jego standardy, ale chyba było warto. Na pewno było, skoro leżeliśmy w łóżku nadzy, a ja miałam pocięte ciało. Przy zwykłym haju nie zdarzało mi się ciąć sobie skóry, przynajmniej tak mi się wydawało.
Podrapałam niemiłosiernie swędzące ucho i spojrzałam na stojący po mojej prawej zegarek. Dochodziła piąta rano. Nie musiałam wstawać, ale nie miałam też ochoty leżeć, więc powoli zsunęłam się z materaca, odkrywając przy tym drobne plamki krwi 'zdobiące' prześcieradło. Pokręciłam tylko głową i chwyciłam swoją leżącą na podłodze koszulkę. Czarny materiał sięgał jedynie połowy pośladków, ale nigdzie nie widziałam żadnych spodni, czy chociażby majtek, więc nie zważając na to, opuściłam naszą sypialnię. W końcu i tak nikt by mnie nie zobaczył i tak. 
        Leniwym krokiem sunęłam w stronę kuchni i dopiero w połowie drogi przypomniałam sobie, że to nie tam chciałam pójść. Najpierw musiałam zmyć z siebie tę krew, więc zrobiłam w tył zwrot i skierowałam się do łazienki. Drzwi pomieszczenia były do połowy uchylone, a deska klozetowa nie opuszczona. Przewróciłam oczami i pchnęłam ją prawą ręką, po czym odkręciłam ciepłą wodę, by móc się chociaż opłukać. Zajęło mi to niewiele ponad pięć minut i całkowicie oczyszczona z krwi, z owiniętą bandażem lewą ręką udałam się do kuchni. Tym razem to właśnie tam chciałam iść, by napić się gorącej kawy. Po wstawieniu wody i zasypianiu kubka aromatycznie pachnącym proszkiem, usiadłam na krześle z nogą podłożoną pod już okryty bielizną pośladek. Co prawdą nie moją, ale wierzyłam, że Jared się nie pogniewa. 
Oparłam brodę o kolano  i spojrzałam za okno na plac zabaw, który w tamtej chwili był pusty, ale kilka godzin później miał zapełnić się wesoło krzyczącymi dziećmi. Z ogrodzonego niedużym płotem obszaru przeniosłam wzrok na ulicę, po której właśnie przejeżdżał samochód dostawczy, którym właściciel pobliskiej piekarni rozwoził swoje pieczywo do sklepów spożywczych. Kiedy tylko zniknął za zakrętem, na drodze pojawił się radiowóz. Moje serce natychmiast przyspieszyło do dzikiego galopu, a ciało uderzyła fala gorąca. Pierwsze co, to pomyślałam, że przyjechali po Jareda, że ten pieprzony palant jednak wniósł swoją skargę, lecz palpitacje ustały, gdy policyjny samochód ominął wjazd na nasze osiedle i pojechał dalej. Takiej ulgi nie czułam już od dawien dawna...
    Zdążyłam zgasić tańczący pod czajnikiem płomień i do kuchni wszedł wyraźnie poirytowany Jared. Zanim zdążyłam go o cokolwiek zapytać, wskazał palcem na swój brzuch.
- Mary, coś ty mi, do cholery, zrobiła?! 
Przeniosłam wzrok z jego wściekłej twarzy na tors i zamarłam. Na skórze wycięte miał dosyć spore M, które zapewne wyszło spod tego samego ostrza, co moja gwiazda.
- Przepraszam, zaraz ci do zdezynfekuję, czy coś - wydukałam zakłopotana. Nie miałam pojęcia, kiedy i dlaczego mu to zrobiłam. I to właśnie kolejna zła rzecz wynikająca z bycia na totalnym haju, robisz okropnie głupie rzeczy i zupełnie tego nie kontrolujesz.
- Jak mi zostanie blizna, to cię zabiję - rzucił, ale już o wiele łagodniejszym tonem.
- Nie zostanie, a nawet jeśli, to szybko zniknie, bo to płytkie rozcięcie.
- No ja myślę. 
Wydęłam dolną wargę, po czym pochyliłam się i musnęłam ustami krwawą literę widniejącą na ciele mojego chłopaka.
- No i już mi lepiej, a teraz, jak możesz, to zrób mi kawę - dodał, zwichrzając moje i tak będące w nieładzie włosy.
- Dla ciebie wszystko - mruknęłam, po czym jeszcze raz cmoknęłam jego pokaleczoną skórę, co pozostawiło na moich wargach metaliczny smak krwi. 
Moja głupota czasami naprawdę mnie niezwykle przerażała.     

*Kiedy prawda okazuje się kłamstwem i cała twoja radość umiera. Czy nie chciałbyś mieć kogoś do kochania? Czy nie potrzebujesz kogoś do kochania? Czy nie wspaniale byłoby mieć kogoś do kochania? Lepiej znajdź kogoś do kochania.
**Kiedy kwiaty z ogrodu, skarbie, umierają, tak, a twój umysł, twój umysł jest pełen czerwieni. 
...............................
Tytuł rozdziału: Krwawisz na pościel, delikatnie szepcząc, jak kochasz gwiazdy

Utwory wykorzystane w rozdziale:
*Jefferson Airplanes - Somebody to love

        Zwykle wybieram wers tytułowy pod treść, a tym razem było odwrotnie, pisałam treść pod tytuł. Przez dłuższy czas słuchałam utworu Roses i to uwielbienie do gwiazd bardzo podpasowało mi do Mary, więc wymyśliłam coś, co pasowałoby do tych słów.



Data pierwotnej publikacji: 11.04.2012